ZAJEŻDŻASZ SIĘ? ZASTANÓW SIĘ CO ROBISZ!

Facebooktwitterpinterestlinkedinmail

Te słowa mogłabym przykleić sobie na lodówce kilka miesięcy temu. Dlaczego? Ponieważ za swoją pracowitość, zabieganie, a przede wszystkim dążenie do… (wpisz tu to, o czym pomyślisz – zapewne ta myśl będzie tu pasować) płacę obecnie dość wysoką cenę. Zajeżdżasz się? Nie popełniaj moich błędów.

Jestem znana z tego, że…

Ciągle coś robię, mam wiele pomysłów i wciąż poszukuję swojej ścieżki. Lubię zmiany. Wiele tematów mnie interesuje, w wielu dziedzinach dobrze się odnajduję, jestem dość zdeterminowana, mimo że brakuje mi często wytrwałości w dążeniu do celu, bo nachodzą mnie albo nuda albo wątpliwości.

Lubię jak się dzieje, uwielbiam zajmować się wieloma rzeczami jednocześnie. Może to uzależnienie lub ucieczka? A może po prostu taka moja natura. Kto wie.

Nigdy nie choruję, jestem dość wytrzymała na ból, nie przeszkadza mi zmienna pogoda, jestem aktywna i proaktywna – patrząc na to wszystko myślałam, że nic mnie nie pokona. Nic, tylko działać! W końcu jestem sprawna, zdrowa i silna. I mam tylko jedno życie i tysiące możliwości. W końcu powinnam chwytać dzień…

Patrząc na ostatni rok swojego życia:

  • zdobyłam uprawnienia instruktora fitness o czym zawsze marzyłam (odhaczone)
  • odbyłam długą podróż do Afryki (to też było moim marzeniem; odhaczone)
  • rozpoczęłam naukę obróbki filmów i coraz lepiej zaczęłam radzić sobie z grafiką (zawsze chciałam mieć takie umiejętności),
  • przeprowadziłam się, przetrwałam generalny remont mieszkania i koczowanie na kanapie w tym czasie u przyjaciół (jeszcze raz dziękuję Wam za to <3 ),
  • rozprawiałam się z osobistymi problemami, podjęłam kilka trudnych, życiowych decyzji, co wywołało niemały stres, a raczej zapoczątkowało kaskadę reakcji, ale konfrontacja była i tak nieunikniona,
  • zajmowałam się projektami marketingowymi, mimo że to była dla mnie nowość,
  • brałam udział w kilku szkoleniach dietetycznych i marketingowych,
  • prowadziłam pacjentów, tworzyłam jadłospisy, tworzyłam treści na newslettery, grafiki, reklamy, posty na FB, szkoliłam, obrabiałam filmiki, budowałam plany marketingowe, itd…

Można wymieniać naprawdę wiele. Każdy tydzień przynosi inne wydarzenia, inne myśli, inne koncepcje. Trzeba być mną, a raczej kobietą i mną, żeby to zrozumieć. Haha! Tym bardziej jeśli jesteś typem osobowości nadwrażliwej, z myśleniem rozgałęzionym i nadwydajną prawą półkulą…

Aby dopełnić ten obraz trzeba wiedzieć, że takie osoby (mówię o nadwrażliwcach) potrzebują robić coś znaczącego dla ludzkości, a dobro i prawda są pierwszorzędnymi wartościami. Brzydzą się niegodziwymi postępkami i np. żartami wyśmiewającymi innych, plotkami i brakiem szacunku dla innych.

Praca zatem i środowisko, w którym się obracają każdego dnia, relacje z bliskimi czy po prostu widok cierpienia innych z powodu ogólnie pojętego zła jest czymś co wpływa na ich funkcjonowanie, postrzeganie siebie i świata.

Więcej o tym typie osobowości możesz przeczytać tutaj. Nie jest łatwo pewnych kwestii zapewne zrozumieć czy nadążyć. Bo naprawdę mało osób jest w stanie to zrozumieć. Ale patrząc na obecny swój stan psycho-fizyczny, w tym całym szaleństwie samorealizacji i dążenia do nowych umiejętności, obrałabym inne kroki, pewne swoje zachowania bym zmieniła a działania wyhamowała. Jednym słowem – z wielu „muszę” i „należy” zrezygnowała.

Społeczeństwo ogólnie nie pomaga…

Co mam na myśli? Wyścig szczurów, konsumpcjonizm, dorabianie się kosztem relacji i odpoczynku. Musisz mieć koniecznie mieszkanie na kredyt, samochód, nowy telewizor i pojechać na wakacje co roku. Musisz wyglądać jak człowiek. I koniecznie być wykształcony, bo to zapewni ci byt w przyszłości. I szacunek.

I nikt w Polsce nie ma czasu. Dostrzegają to szczególnie Ci, którzy przyjeżdżają z zagranicy w odwiedziny. Coś się z nami dzieje.

I urzekła mnie jedna myśl, którą ostatnio usłyszałam: „Chorwaci może i żyją skromniej, ale oni celebrują życie. W Polsce nikt nie ma czasu się spotkać, porozmawiać. Po prostu być.” I coś w tym jest. I nie chcę tak żyć.

W nosie mam posiadanie własnego mieszkania (i odkąd pamiętam powtarzałam, że mogę wynajmować mieszkanie i do końca życia), mimo że przez chwilę było mi i dziwnie i głupio, bo byłam jedyną osobą w pracy, która nie posiadała mieszkania czy domu… na kredyt.

Mogłabym mieć samochód, ale posiadanie go w moim przypadku byłoby burżuazją i niepotrzebną stratą pieniędzy. A samochody się mnożą na ulicy… każdy niemal go posiada. Powinnam pewnie i ja.

Jednym słowem… robię wszystko na opak i od niedawna w sumie świadomie idę swoją ścieżką, nie patrząc na innych. Słuchając opowieści o mieszkaniach, dzieciach, ślubach i małżeńskim życiu. O kredytach i wyjazdach na kredyt czy telewizorze na raty. Bez męża u boku, dziecka w drodze, mieszkania na kredyt i samochodu. Bez telewizora i Netflixa.

I nie mówię, że to jest złe!

Mam na myśli tylko to, że można inaczej. I żadna z tych dróg nie jest zła – każdy ma swoją ścieżkę, podąża nią świadomie lub mniej (czasem trzeba pogodzić się z losem i mu zaufać) i nikomu nie jest dane prawo do oceniania tego co jest dobre, odpowiednie, a co złe.

Presja społeczna jednak jest. Podobnie jak rodzinna. Widać to niemal wszędzie. Stąd też tak liczne samobójstwa wśród nastolatków. Tylko od nas zależy gdzie postawimy granice. A nauka stawiania granic to ciężka praca i często umiejętność, którą trzeba nabyć. A to wymaga czasu. I rewolucji. I jest możliwa do osiągnięcia.

Stąd książki i kursy o asertywności. Jeśli Cię ten temat interesuje możesz zajrzeć tutaj i tutaj.

Ale odbiegliśmy od tematu…

Chciałam nakreślić to, co miało na mnie wpływ w całym procesie destrukcji, bo na wypalenie, zajeżdżenie się nie ma wpływu przeważnie jeden czynnik, a całokształt własnej twórczości. Nie jest to też proces krótkotrwały, a często trwa miesiącami, a nawet latami.

Potrzebne jest czasem postawienie granic też sobie

Obecnie odrzuca mnie wszystko to, co związane jest z zarządzeniem sobą w czasie. Z produktywnością czy planowaniem. Przymus czy poczucie obowiązku zamieniłam na spontaniczność i słuchanie siebie – czy tego chcę, czy mam ochotę, czy mam siłę.

Zachłyśnięcie się samorealizacją, dążenie do lepszej wersji siebie i zdobywanie nowych umiejętności (no bo przecież wskazane jest wymiatać w czymś i oczywiście być ekspertem w swojej dziedzinie) zapędziło mnie w kozi róg. Jakby bycie sobą i bycie po prostu dobrym w tym, co się robi nie wystarczyło.

To nie jest tak, że pracowałam bez celu i z całkowitego przymusu czy w ślepym podążaniu za trendami. DZIAŁAŁAM DLA SIEBIE, bo lubię być w ruchu i podnosić sobie poprzeczkę. Lubię, a raczej lubiłam, sprawdzać swoje możliwości.

Angażowałam się w różne projekty dla lepszej przyszłości i pracy, dla bycia lepszą – sama dla siebie. Starałam się też dla innych, bo wydawało mi się, że pewne rzeczy ode mnie wymagano lub raczej – spodziewano się po mnie określonych rezultatów, pewnych działań i zachowań (nadwrażliwcy też mają tendencję do poświęcania się dla innych – tak po prostu, z dobrej woli).

Dlatego POSTAWIENIE SOBIE GRANIC JEST WAŻNE. I wyhamowanie własnych dążeń, chęci, ambicji. Zatrzymanie się i przewartościowanie swojego życia. Czasem to zatrzymanie jest dość brutalne – to są te istotne życiowe sytuacje, jak choroba, utrata pracy, śmierć bliskiej osoby czy choćby ciąża.

Nie wiem jak to jest u Ciebie, ale umiejętność rezygnacji nie jest moją mocną stroną. Najnormalniej w świecie nie lubię rezygnować i ciężko mi to przychodzi. Bo w końcu życie jest tylko jedno, a ścieżek którymi warto podążać tak wiele… Ciężko jest mi zatem wybrać czy pójść na trening czy się spotkać z koleżanką – znając życie pobiegłabym na spotkanie…

5 błędów, które popełniłam

1. Trenowałam gdy byłam zmęczona, niewyspana, zapracowana

Wiadomo dlaczego. Bo trzeba. Przecież tyłek się sam nie zrobi. Bo nogi nie będą tak dobrze się prezentować w sukience. Po brzuch ma być płaski. Bo chcę mieć lepszą formę niż w zeszłym roku. A poza tym jestem fit – trzeba uprawiać sport. I przede wszystkim lubię się ruszać – endorfiny buzują, gdy się na treningu „złacham”. Nie ma potu? Trening był kiepski. Głupota. Totalna.

Na ostatniej edycji Eu4ya w Poznaniu wielu mówców (głównie trenerów personalnych) mówiło o tym, że kobiety lubią się zajeżdżać. Wykonują 2 treningi dziennie, gdzie powinny max 4x w tygodniu poćwiczyć (co oczywiście nie wyklucza codziennej spontanicznej aktywności).

Bardzo dużo trenerek fitness się zajeżdża. To ciężki kawałek chleba – nie prowadzisz zajęć, nie zarabiasz. Więc prowadzą zajęcia ponad siłę, a potem jeszcze dokładają własny trening, bo trzeba. Szaleństwo. A potem są problemy z tarczycą. Albo zbyt niską tkanką tłuszczową, zatrzymaniem okresu i niedoborem leptyny – hormonu sytości, który jest produkowany przez tkankę tłuszczową. Problemy ze snem, pogorszenie samopoczucia, problem z zajściem w ciążę…

Takie są realia.ZAJEŻDŻAMY SIĘ FIZYCZNIE, nie dając sobie szansy na regenerację. Pracujemy do późna, nie odpuszczamy, kosztem snu i relacji. Chodzimy na ciężki trening w ramach relaksu po wyczerpujących dniach pracy, zamiast pójść na spacer i poczytać książkę czy się po prostu przytulić do bliskiej osoby czy choćby zwierzaka.

2. Przedkładałam pracę na rzecz odpoczynku, relaksu i zabawy.

W pracy jestem dość długo. Jak prowadziłam pewien czas regularnie bloga, wstawałam o 5:00, aby coś ugotować, sfotografować, a potem jeszcze to wszystko obrobić, przerobić i opublikować. Zaplanować i przygotować.

To naprawdę dużo pracy. Dokładając do tego regularne treningi, czytanie literatury, naukę angielskiego, prowadzenie w pojedynkę mieszkania i wyjeżdżając na coraz to nowsze szkolenia, czy szkoląc się w domu na webinariach, brakowało czasu na takie zwykłe towarzyskie życie. Albo je wciskałam między innymi zajęciami. Byłam niemal zawsze spóźniona.

Teraz wiem, że nie można zaniedbywać tej sfery życia prywatnego – odpoczynek, spotkania ze znajomymi, wypad do kina, małe przyjemności… to wszystko jest OGROMNIE ważne dla zachowania równowagi psychicznej. Warto ustalić ze sobą zasady.

Ja postanowiłam raz w miesiącu być w kinie i w teatrze. Choćby sama. I spotkania z przyjaciółki i rodziną – w każdym tygodniu. Nawet kosztem treningu. To ważniejsze.

3. Zbyt późno podejmowałam życiowe decyzje

Wierzę w to, że wszystko ma swój czas i miejsce. Ale wiem również, że wiele decyzji i działań nie jest podejmowanych ze względu na strach. Przed czym? A różnie. Przed porażką, przed tym co powiedzą inni, przed odrzuceniem, przed sukcesem, przed zmianami….

Jeśli coś Cię uwiera – zmień to. Nigdy nie jest za późno. Aby sobie uświadomić jak bardzo Cię coś uwiera i zapodać sobie kilka rozwiązań możesz uzupełnić tzw. koło życia.

A odkładanie decyzji generuje stres – głównie podświadomie i to on najbardziej wpływa na nasze zdrowie, bo działa niezauważalnie. Czujesz stres pod skórą, Twoje ciało reaguje, np. stale podniesionym tętnem, mimo że nie masz się jakby czym stresować. To tylko pozorne uczucie.

U mnie właśnie niezałatwione sprawy w którymś momencie na tyle przytłoczyły, że zapoczątkowały kaskadę reakcji, gdzie utraciłam m.in. poczucie bezpieczeństwa.

4. Długo pracowałam przy komputerze w ciągu dnia

Tak tak, wszyscy pracujemy przy komputerach. Ale jest różnica kiedy kończymy się naświetlać. Ja potrafiłam pracować od rana do później nocy, bo miałam tyle zadań, działań, szkoleń itp. do zrobienia. Przerwę robiąc głównie na załatwianie spraw i trening.

Czasem zaniedbywałam przerwy w ciągu dnia, bo zadania do wykonania wydawały mi się na tyle istotne, że nie mogły poczekać pół godziny (głupota). Największą jednak pułapką jest przeświadczenie, że wyjdę na spacer, zrobię przerwę, zjem, jak skończę daną czynność. GŁUPOTA

Zapomniałam jak to jest czytać „zwykłą” książkę wieczorem, jak to jest pomedytować w ciszy, jak to jest posiedzieć w fotelu i posłuchać muzyki czy pobyć z samą sobą bez rozpraszaczy. W ciszy. I stąd m.in. możliwe rozchwianie hormonalne.

I nierozłączność z telefonem. Ograniczenie korzystania z niego to jest dopiero wyzwanie! Na szczęście tę walkę już wygrywam.

Pamiętam jak kilka lat temu na wszystkich zdjęciach znad morza byłam wpatrzona w telefon – pisałam maile, wiadomości… których sporo dostaję każdego dnia. Ten widok mnie przeraził. Od tamtej pory staram się mieć schowany telefon w torebce na wakacjach czy spotkaniach, aby poświęcać się temu co się dzieje wokół. Aby być obecną.

5. Zbyt mało doceniałam to, że żyję tu i teraz

Kocham życie. Tego jestem pewna. Jestem też osobą szczęśliwą i mogłabym umrzeć choćby dziś – bez cienia żalu, że miałam nijakie życie. Czuję się ogólnie spełniona.

Ale nie zawsze czułam się obecna. A niedostrzeganie tego co jest tu i teraz, albo życie w przeszłości czy w przyszłości generuje dużą dawkę stresu.

Nie można przewidzieć co będzie, nie ma też co się zamartwiać nad wyraz planami na przyszłość. Elastyczność jest tu słowem klucz. Plany dobrze jest mieć, cele do realizacji również, ale nie ma co się zarzynać po to, aby mieć odhaczony punkt z listy.

Niektórzy uważają, że powinniśmy mieć wyznaczone tylko 3 zadania do wykonania dziennie (nie licząc pracy oczywiście czy takich typowych dla nas codziennych działań). Kiedyś mi się nie mieściło w głowie posiadać TYLKO 3 zadania do wykonania w ciągu dnia! Tak mało?? Przecież życie ucieka!

Uwierz mi, wystarczą tylko 3 :) Ale je wykonaj. Życie zwolni, a Ty i tak będziesz iść do przodu. A okaże się, że ten czas aż tak nie pędzi. Magia.

Rozpamiętywanie przeszłości, natomiast, może zablokować Twoje działania na amen. Ja miałam kawał przeszłości do przepracowania, co było jedną z trudniejszych momentów w życiu. Zajęło mi to kupę czasu, skopało mnie trochę (w przenośni), ale ostatecznie było warto.

Dalsza praca przede mną

Przywracanie równowagi organizmowi trwa tygodnie, miesiące. Czasem potrzebne jest wykonanie wielu badań, aby sprawdzić co się dzieje z organizmem. Czasem jest potrzebna dodatkowa farmakoterapia. Ale przede wszystkim – odpoczynek. Od sportu, od pracy, od stresów. I pozbycie się stresorów. To ostatnie jest BARDZO ważne.

I jeśli nie weźmie się na poważnie tego ostatniego punktu, będziemy kręcić się w kółko.

I tak, nie jest to proste. Może się to wiązać z zamknięciem kilku drzwi, zerwaniem toksycznych relacji, zmianą pracy, przeprowadzką, wyprowadzką czy rezygnacją.

Może być potrzebna konsultacja z niejednym specjalistą. U mnie tak właśnie było.

Ale tylko przerwanie błędnego koła, które doprowadziło albo doprowadza nas stale do wyczerpania da możliwość uzyskania długotrwałych efektów i powrotu do równowagi.

O moich sposobach na walkę ze stresem napiszę w jednym z kolejnych postów. Możesz też sprawdzić jakie były pierwsze oznaki tego, że mój organizm mówi mi dość – „Post owocowo-warzywny. Dlaczego nie schudłam?„.

Daj koniecznie znać w komentarzu czy na kanałach (fanpage czy na Instagramie) czy ta tematyka Cię interesuje. To pomoże mi podjąć dalsze kroki i zmotywuje do napisania postu kontynuującego ten wątek.

Cudowności!

Facebooktwitterpinterestlinkedinmail

Dodaj komentarz

Or