O TYM, JAK INSULINOOPORNOŚĆ DOPADA TAKŻE TYCH SZCZUPŁYCH

Facebooktwitterpinterestlinkedinmail

Dawno nie pisałam. To drugi wpis na odświeżonym blogu i pierwszy osobisty post od prawie roku. Od ostatniego naszego spotkania wiele się zadziało: zmieniłam miejsce zamieszkania, przeprowadziłam się dwa razy, zawiesiłam własną działalność, podjęłam nową pracę, pojawił się ktoś nowy w moim życiu, postawiono diagnozę „insulinooporność” i  „PCOs”, rozpoczęłam diagnostykę zaburzeń metabolicznych i pierwszą w życiu terapię związaną z redukcją stresu i presji, kupiłam psa, zaplanowałam pierwszy urlop od ponad 4 lat (który oczywiście zakończył się organizacyjną klapą) i wiele wiele innych.

Życie zawsze przynosi zaskoczenie. Nie wiem dlaczego wciąż mnie to dziwi…

Jak cofnę się myślą o kilka lat i przypomnę parę sytuacji związanych z moim zdrowiem, to wszystko zaczyna mi się układać w całość.

Przeszłość ma wpływ na naszą przyszłość

Odkąd pamiętam, kiedy w czasie rutynowo wykonywanych badań medycyny pracy zadawano mi pytanie „Jak oceniasz swoje zdrowie” odpowiadałam bez zająknięcia – „Świetnie”. I tak jest. Ogólnie czuję, że mam bardzo dobre zdrowie. Od małego aktywna, szczupła, sprawna. Mogłabym uprawiać zawodowo sport, tego jestem pewna. Lub być pilotem. Wiem, że dałabym radę. Jednak mimo dobrego samopoczucia, w liceum rozpoczęły się problemy z „leniwymi” jajnikami, co ostatecznie skończyło się przyjmowaniem luteiny na ich rozruszanie. Interwencja zakończyła się sukcesem, prawidłowe cykle miesiączkowe zostały przywrócone; miałam spokój na wiele lat. Jedynymi skutkami były dodatkowe kilogramy spowodowane przyjmowaniem hormonów i stany depresyjne, jednym słowem najczęstsze skutki uboczne. Ale problemy zostały rozwiązane po zakończeniu przyjmowania leków.

Inną sprawą był też trądzik młodzieńczy leczony antybiotykami, które ostatecznie doprowadziły do zniszczenia flory jelitowej, a w konsekwencji do pojawienia się nietolerancji pokarmowych. Pamiętam jakby to było wczoraj, kiedy w jednym momencie, coś zaczęło się dziać z brzuchem – dziwne przelewania, zmiana konsystencji stolca, wzdęcia, inne dolegliwości jelitowe. Trądzik nie przeszedł, brzuch mnie bolał, wzdymał się po jedzeniu i miesiącami dokuczał mimo lekkiej diety. Zanim dowiedziałam się, że mam nietolerancję m.in. glutenu, przeszłam wielotygodniową kurację przeciwgrzybiczą z eliminacją m.in. mleka. Tak rozpoczęła się moja przygoda z dietami eliminacyjnymi. Dodatkowo schudłam ładnych parę kilogramów. Nie jadłam cukrów prostych, mleka, oczyszczonych zbóż. Wyeliminowałam też alkohol czy napoje. Stałam się chuda, ale poprawiła mi się też cera. W końcu wiedziałam, że mój stan jest związany z tym co jem czy co mam w brzuchu.

W międzyczasie na studiach kolejne badania pokazały możliwe problemy ginekologiczne. Moja ówczesna lekarka twierdziła, że powinnam spieszyć się z rodzeniem dzieci, bo grozi mi PCOs. Szok jakiego doznałam, słysząc wyrok, powalił mnie ówcześnie na kilka dni. Mało która młoda kobieta, przeżywająca swoją pierwszą miłość i z wieloma planami dot. własnej samorealizacji spieszyłaby się by założyć rodzinę. Sprawa była jasna – nie będę mieć dzieci w najbliższym czasie, zobaczymy co czas przyniesie, może nie będę kiedyś żałować. Sprawa była też dość niejasna, ponieważ nie należałam do grupy kobiet, u których najczęściej diagnozuje się takie problemy – byłam bardzo szczupła, z niedoborem tkanki tłuszczowej, miałam w miarę regularne okresy, byłam też aktywna i nie miałam nieprawidłowości w badaniach USG. Mimo to, lekarze widzieli zbliżające się możliwe problemy.

Hipoglikemia – pierwsza oznaka problemów?

To co też mnie niepokoiło od czasu do czasu, a na co nikt nie zwrócił mi uwagi, to pojawiające się stany hipoglikemii. Najczęściej występowały po piwnych studenckich spotkaniach, kiedy po ciężkim dniu wychodziłam ze znajomymi na piwo, często bez posiłku i bardzo zmęczona. Nieraz musiałam zaopatrywać się w słodki napój, wracając do domu. Czasem też hipoglikemia pojawiała się przy zasypianiu, wieczorem. Musiałam wtedy wstawać i jeść tuż przed snem. Nikt nie był w stanie mi powiedzieć o co chodzi, z czym to może się wiązać. Żyłam więc dalej ze swoją przypadłością. Nie pojawiała się ona często, nie była więc dla mnie ani problematyczna, ani uciążliwa.

To co powinno na pewno dać mi do myślenia i zmusić do poszukiwań, to sytuacja na zajęciach z analityki laboratoryjnej, kiedy zmierzono mi glukometrem (w ramach ćwiczeń) poziom glukozy, mniej więcej godzinę po zjedzeniu kanapki z kajzerki. Wyświetlacz glukometru wskazał 65, stan hipoglikemii. Panie prowadzące ćwiczenia stwierdziły „To dziwne”, ale nic nie zasugerowały.

Już wtedy jak widać miałam problemy metaboliczne, na które z wielu powodów nie zwróciłam uwagi, a w szczególności dlatego, że byłam szczupła i nie męczyły mnie konkretne objawy choroby.

Wiosną tego roku postanowiłam zrobić kilka szerszych badań – niby nadal wszystko było w porządku, ale czułam, że coś jest jednak nie tak. Sama sprawdzałam to poziom TSH, ft3 i ft4, sądząc że to zmęczenie i problemy z koncentracją, które znacząco mi zaczęły doskwierać, są spowodowane nieprawidłowo pracującą tarczycą (przecież tyle pacjentek ma problem z tarczycą), to morfologię i żelazo, uważając że to może znów wina anemii… Wyniki badań były jednak prawidłowe. Wypróbowałam zatem suplementację spiruliną i chlorellą, które bardzo szybko dodały mi energii, ale po miesiącu nie odczuwałam już tego samego WOW. Zaczęły mi też mocniej wypadać włosy… Brak energii sprawiał, że nie miałam siły i ochoty na treningi, a także coraz mniej wychodziłam po pracy na spotkania ze znajomymi. Brakowało mi snu i chęci do działania. Jadłam niby prawidłowo, ale nie dawało mi to takiej energii jak trzeba.

Dopiero w tym roku, po przeprowadzce do Warszawy, z którą wiązał się bardzo silny stres, zapoczątkowany został proces diagnostyczny zaburzeń metabolicznych.

I diagnoza postawiona…

W lipcu po przeprowadzce, kiedy po raz pierwszy od kilku lat spóźnił mi się okres, któremu towarzyszył dość dotkliwy ból, promieniujący do kręgosłupa, zgłosiłam się do lekarza. Niby znów było wszystko dobrze, ale dostałam skierowanie na USG tak na wszelki wypadek, gdyby jakieś objawy mnie niepokoiły w kolejnym miesiącu. Potencjalną przyczynę zaburzeń hormonalnych były silny stres, problemy ze snem, przeprowadzka, itd. Stwierdziłam, że to prawdopodobne. Zaleceniem była redukcja stresu. W sierpniu sytuacja się jednak powtórzyła a USG ukazało nieprawidłowości.  Podejrzenie PCOs. Byłam w szoku, tym bardziej że wykonywałam rutynowe badania ginekologiczne łącznie z USG pół roku wcześniej.

Niektórzy lekarze uważają, że nie ma PCOs bez insulinooporności. Tym tropem zatem poszłam, tym bardziej, że w przeszłości miewałam problemy z hipoglikemią.

Wyniki badań okazały się nietypowe… Sami spójrzcie.

Insulina i glukoza na czczo jak młody bóg, ale potem utrzymująca się podwyższona insulina i hipoglikemia po ponad 2h od wypicia roztworu… Prawie zasłabłam wracając do domu. Wątroba bardzo dobrze sobie radzi z cukrami, ale potem są problemy na obwodzie. I dodatkowo, jak się lepiej przyjrzałam swoim wynikom badań tarczycy, mogły być lepsze, wcale nie są prawidłowe.

I koło się zamyka. Utrzymujący się podniesiony poziom insuliny wpływa na jajniki plus działa anabolicznie na mięśnie, przez co łatwo jest mi budować masę mięśniową i sportową sylwetkę. Stąd też stany hipoglikemiczne, które w ostatnim czasie miałam wrażenie, że stały się niemal przewlekłe (problemy z koncentracją, zmęczenie, senność po posiłkach). Pierwotnym problemem może być zbyt słabo funkcjonująca tarczyca…

Jeśli jesteś szczupły, wcale nie zwalnia Cię to z dbania o zdrowie

Z tego też względu:

  1. wyniki w normie nie zawsze są normą – sprawdź czy Twoje wyniki badań są w normie funkcjonalnej dla Twojego wieku, płci, stanu fizjologicznego, itd. (u mnie okazały się trochę zbyt niskie),
  2. badanie tarczycy nie może ograniczać się jedynie do oznaczenia TSH we krwi – sprawdzając kondycję tarczycy, należy oznaczyć także poziom  fT3 i fT4 oraz obecność przeciwciał anty-TPO i anty-TG; obowiązkowe jest również USG tarczycy (jak widać, mimo dość dobrych wyników standardowych badań i USG, pojawiły się przeciwciała, czego kompletnie się nie spodziewałam – uważałam że problem z tarczycą mnie nie dotyczy, skoro mam dość dobre pozostałe wyniki),
  3. zmiany w ciele mogą następować dość szybko, szczególnie w/ po stresie, po zakażeniach i infekcjach, czy urazach, dlatego wykonuj rutynowe badania kontrolne i nie zwlekaj z ich powtórzeniem, kiedy lekarz zasugeruje lub zaleci ich ponowne wykonanie,
  4. osoby szczupłe nie powinny usprawiedliwiać swój nieprawidłowy styl życia tym, że nie mają problemów z masą ciała – prawidłowa masa ciała nie jest synonimem bycia zdrowym,
  5. stwierdzam, że cywilizacja dopada także tych, którzy dbają o dietę i kondycję – czasem jest to po prostu niedodiagnozowanie w odpowiednio szybkim czasie lub predyspozycje genetyczne czy zbyt późne modyfikacje w stylu życia, w związku z czym –
  6. BADAJCIE SIĘ rutynowo, kontrolnie, regularnie.

Moja dieta zatem zaczęła ponownie się zmieniać: obok eliminacji produktów nietolerowanych (wykonałam ponownie test Food DetectiveTM), pod uwagę biorę także indeks i ładunek glikemiczny produktów oraz bardziej zadbałam o regularność posiłków. Przyjmuję także suplementy na rozruszanie tarczycy (m.in. cynk, selen, magnez) i przygotowujące do przyjmowania kolejnych, typowo skierowanych na leczenie insulinooporności (witaminy z gr B). Nie przyjmuję żadnych leków, nie wzięłam też antykoncepcji, stosowanej często do wyrównania zaburzeń hormonalnych (recepta została wydana na postawie USG ginekologicznego, bez zlecenia jakichkolwiek innych badań, bo „nie ma to i tak sensu”). Przyjmuję za to probiotyki i ponownie wróciłam do regularnych ćwiczeń.

I jeszcze jedno – najważniejsze…

Redukcja stresu! Jeśli znane Wam środki nie przynoszą rezultatów by poradzić sobie z napięciem lub te sposoby, które do tej pory działały, obecnie nie przynoszą już odpowiedniego efektu (jak u mnie), warto rozważyć terapię psychologiczną. Ja, dzięki sugestii przyjaciółki, podjęłam taką terapię, ponieważ żadne metody redukcji stresu nie przynosiły już ulgi. Od momentu podjęcia się współpracy z terapeutą, mój okres się wyregulował (w 2 miesiące) ;) Problem oczywiście insulinooporoności nie zniknął, ale zaczyna się wszystko stabilizować i być może uda mi się uporać z niektórymi dolegliwościami w dość prosty, na pozór, sposób.

Bo warto sobie pomóc – zrób wszystko co możesz, a jeśli już robisz maksimum tego co się da – bądź dla siebie dobra/ dobry. Robisz wszystko co trzeba, najlepiej jak się da. Pamiętaj! <3

Zdrowia, nam życzę :)

Facebooktwitterpinterestlinkedinmail

Dodaj komentarz

Or